#cvTaL

Historia o tym, jak się zaręczyliśmy. A właściwie, jak tego nie zrobiliśmy.

Kilka lat temu mój chłopak wpadł na pomysł w prima aprilis, żeby wkręcić rodzinom, że się zaręczyliśmy. Myśleliśmy, że nie uwierzą tak łatwo. Ale uwierzyli.

I my też. Tak nam się wkręciło mówienie, że bierzemy ślub, że w sumie... sami się przekonaliśmy. I tak doszło do planowania ślubu i zakładania rodziny, a w sumie nie było żadnych zaręczyn i chyba nikomu to nie przeszkadza.
Mere Odpowiedz

A może to taki cwaniak, że zaręczył się bez konieczności kupowania pierścionka? xD

Odpowiedzi (3)
PurpleLila Odpowiedz

Skoro Wam obojgu to odpowiada, to fajnie. W sumie jakoś mi się spodobała ta historia, chociaż jestem zwolenniczką romantycznych zarecznyn. Gratulacje!

Zobacz więcej komentarzy (7)

#Cfm0N

Mój przyszły mąż zaprosił mnie na weekend na działkę swoich rodziców. To przemili ludzie, ale jakoś strasznie się przy nich stresuję. Oni - zamożna, ale skromna, kulturalna rodzina, potomkowie szlachty, mają własny herb. A z drugiej strony ja - po prostu ja.
Na owej działce produkują własne wino - poczęstowali nas. W moim genialnym umyśle ubzdurałam sobie, że na bani będę pewniejsza siebie.
Po wypiciu całej butelki byłam rzeczywiście w swoim żywiole...

Przyszłej teściowej ciągle powtarzałam, że zazdroszczę jej świetnego biustu i mam nadzieję, że dzieci zestarzeją mi się tak dobrze, jak ona. Teściu podał gulasz własnej roboty - zżarłam pół gara, poszłam do łazienki, zrzygałam się, wróciłam i zapewniałam, że pyszny (serio był dobry, to ja byłam najebana). Jeszcze zdążyłam uczyć teściową tańca brzucha oraz stwierdzić, że do ślubu welonu nie założę, bo to symbol dziewictwa, a my z Adamem (narzeczony) to generalnie szalejemy.

Następnego dnia wyjechałam, bo ze wstydu bym spłonęła. Narzeczony z rodzicami nie mają do mnie żalu (teściowa dała mi nawet wodę z ogórków i paracetamol na drogę), ale po tej akcji wcale nie będę się stresowała mniej przy kolejnym spotkaniu.
doomky Odpowiedz

Ehh klasycznie..
Alkoholizacja;
Gastrofaza;
Dziwne odpały po alkoholu;
Żal za grzechy dnia poprzedniego ;)

unkn0wn Odpowiedz

Zapraszamy do nas na majowke, tym razem moze troche mniej winka i bedzie dobrze ;-)

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (13)

#0gn67

Pracowałem kiedyś w księgarni w Sky Tower we Wrocławiu. Może to kwestia lokalizacji, ale pełno klientów było w stylu "znam dyrektora - już tu nie pracujesz". Powody awantur były błahe, ludzie potrafili zmieszać mnie z błotem za nic.
Hitem był facet, który kazał mi szybko przyszyć mu guzik w płaszczu, bo mu się oderwał, "a zaraz ma bardzo ważne spotkanie z prezesem czegoś tam". Oferował mi za to 2 zł. Kiedy odmówiłem (nie miałem nawet nitki), zwyzywał mnie od nieudaczników, którzy, cytując z pamięci, "nigdy nie osiągną jego poziomu majątku, nie korzystając z nadarzającej się okazji".

Co ciekawe, jednym z najmilszych klientów, a kasowałem go parokrotnie, był
Leszek Czarnecki, miliarder i właściciel całego budynku.
mamyczas Odpowiedz

To, że ktoś ma pieniądze czy odniósł sukces, nie musi od razu implikować tego, że ktoś jest bucem. Co do tego pana, to przypuszczam, że byłby bucem, niezależnie od stanu posiadania, po prostu taki typ człowieka.

Odpowiedzi (6)
mordimer0madderdin Odpowiedz

Ja pracowałam kiedyś w restauracji i też co jakiś czas słyszałam teksty, że oni znają mojego szefa i już mogę szukać nowej pracy. Pamiętam jednego kolesia, który złożył zamówienie i powiedział, żebym poszła to już zamówić na kuchnię, a on w międzyczasie skoczy do bankomatu po kasę. Powiedziałam, że tak nie mogę, i że złożę zamówienie dopiero jak wróci, no i wtedy usłyszałam ten słynny tekst o szefie. Mimo wszystko twardo obstawialam przy swoim. Na koniec okazało się, że to faktycznie był jakiś znajomy szefa, ale dostałam pochwałę, bo ten jego znajomy co jakiś czas przychodził i próbował pojeść za darmo.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (14)

#VHas4

Kojarzycie tą pastę o ojcu wędkarzu?
Ja też urodziłem się w rodzinie, w której i ojciec, i matka są pasjonatami. Akwarystyki. W ogóle poznali się na jakiś targach skalarów czy czymś podobnym i od tego momentu ich miłość kwitła.

Ludzie latami zbierają na samochody, ojciec latami tworzył swoje wymarzone akwarium 1375 l, na zamówienie. Mieszkają w małym mieszkanku i to akwarium zajmuje pół pokoju - a, oczywiście, nie jest to jedyne akwarium. Mama nauczyła się kupować akcesoria w Chinach, więc teraz co tydzień przychodzi jakieś milion paczek z artykułami typu Żywicy Zamek Dekoracji Starożytne za 2$. Połowa kończy w szufladzie, bo żal wyrzucić, ale też żal rybom dać, bo taki badziew.

Ta pasja moich rodziców (którą naprawdę podziwiam) zawsze wpływała na moje życie. Uważali, że ja również, jako ich syn, mam w duszy wielką miłość do gupików i neonów. Ja jednak miałem w duszy wielką miłość do gitary, która nigdy nie została zrozumiana. Pamiętam, jak na 18. urodziny dostałem, zamiast wymarzonej gitary, zarąbiście duże akwarium, którego nie było gdzie położyć, więc zajęło miejsce na komodzie, na której wcześniej trzymałem swoją ukochaną kolekcję figurek. W sumie był to bardziej prezent dla rodziców niż dla mnie, bo to oni z wielkim podekscytowaniem zaplanowali wystrój, zakupili rośliny i "doradzili mi" jakie ryby wybrać (gatunek, o którym marzyła moja mama).

W końcu jednak się wyprowadziłem do innej dzielnicy mojego miasta i poznałem dziewczynę. Strasznie fajna, ładna, miła, pogadaliśmy razem o muzyce i serialach. Więc jesteśmy sobie na trzeciej czy tam czwartej randce, jemy loda w moim ulubionym parku, a tu nagle BUM - pojawiają się moi rodzice. Na początku standard: "A kto to? O, masz dziewczynę! O, jak miło! Nic nie mówiłeś, Piotrusiu", a potem mija pięć minut i mój ojciec zaczyna "No najgorsze są zoologi, nic ci nie powiedzą, a potem taki nowicjusz wrzuca te ryby do wody z kranu i wielki szok, że zdychają po tygodniu". Do akcji wchodzą neonki, brzanki, molinezje, a moja dziewczyna siedzi i słucha. No fajnie, pewnie ucieknie.
I nagle zaczyna kłócić się z moim ojcem, czy lepsze akwa proste czy profilowane. Ja w szoku. Dyskusja schodzi na rośliny.

No i okazało się, że moja dziewczyna też jest zarażona tą pasją. Aktualnie nie wiem, czy dalej się spotykamy dlatego, że coś dla niej znaczę, czy dlatego, że z moją matką omawiają nowy wystrój akwarium.
Aha, i dostałem na prezent urodzinowy takie mniejsze akwarium do nowego mieszkania, bo wszyscy widzieli, jak jest mi smutno, że nie mogę wziąć tego "swojego" starego (wymówiłem się brakiem miejsca). Wyśmienicie.
lrka Odpowiedz

To teraz ty im na urodziny albo boże narodzenie kup jakieś akcesoria do gitary

Odpowiedzi (4)
Adkalopatka Odpowiedz

Mówiłeś im w ogóle, że Cię to nie interesuje?

Odpowiedzi (7)
Zobacz więcej komentarzy (22)

#kpxSo

Jestem 33-letnią matką, żoną i alkoholiczką. Nie piję codziennie, ale jak zacznę, to nie przestanę do tzw. zgonu. Nikt nawet tego nie podejrzewa. Kiedyś poruszyłam ten temat, to mnie wyśmiano. Zupełny brak wsparcia plus co ludzie powiedzą. Mąż uważa, że nie mam problemu. Ja wiem swoje. Na razie tłumaczę brak picia lekami na ciśnienie (nie biorę). Chcę do AA i się wstydzę.
PsychoPatyk Odpowiedz

Najgorsze, że w Polsce człowiek musi się usprawiedliwiać, dlaczego nie pije.

Odpowiedzi (6)
Swiezychlebek Odpowiedz

Ale dobrze, że dostrzegasz że masz problem

Zobacz więcej komentarzy (10)

#LLV4u

Jak skutecznie zepsuć sobie nowy związek z kobietą już pierwszego dnia?

Zażartować, mówiąc: "Szkoda tylko, że będę musiał usunąć nagie fotki mojej byłej".

Kurtyna...
Korek135 Odpowiedz

No widzisz,jednak nie musisz.

Odpowiedzi (5)
NiebieskaSzafa Odpowiedz

Wbrew pozorom to ma niewiele wspólnego z poczuciem humoru, to jak mężczyzna traktuje intymne pamiątki po byłych partnerkach może o nim wiele powiedzieć.

Odpowiedzi (3)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#4vR8j

Jestem osobą z zaburzeniem węchu, a konkretnie prawie w ogóle nie czuję zapachów. Niby nic, ale jednak coś takiego jednocześnie irytuje, jak i może być całkiem pomocne. Nigdy nie mogłam powiedzieć, jak pachną kwiaty, świeżo upieczone ciasto albo dopiero co ścięta trawa, ale też nigdy nie poczułam smrodu. Jest to o tyle praktyczne, że mogę spokojnie wytrzymać w wielu śmierdzących miejscach i sytuacjach.
Wycieczka do cukrowni? Dla mnie poszła jak z płatka, 1/3 klasy musiała po 30 minutach wykonać taktyczny odwrót na świeże powietrze. Sprzątanie boksów w stajni? Nic prostszego. Kibel w szkole się zatkał? Nie czuję. Ktoś wyjarał pokaźną liczbę papierosów? Dla mnie bez różnicy. Kolega spsikał się niezbyt ciekawymi męskimi perfumami? Nie robi na mnie wrażenia.

Jak do tej pory znalazłam tylko trzy rzeczy, które potrafię wyczuć.
Jedną z nich jest alkohol, drugą są wszelkie zapachy ostro chemiczne, trzecią, odkrytą niedawno, jest lawendowy balsam do stóp. Tak, balsam do stóp. Kiedy masowałam nim stopy siostrze, ogarnęłam, że czuję jego zapach. Moja radość była tak ogromna, że przez kolejny tydzień po szkole narkotyzowałam się nim, rozsmarowując go pod nosem i to było boskie. Dalej od czasu do czasu się tak narkotyzuję.
Niestety, przez wadę ucierpiał też zmysł smaku. Dla mnie każdy chleb smakuje identycznie, nieważne, czy jest biały, ciemny, pełnoziarnisty czy kukurydziany. To samo z mięsem, pierś z kurczaka od wieprzowiny potrafię odróżnić tylko po miękkości.
Zaburzenie powoduje także, że nigdy nie wyczuję, gdy coś mi się przypala, albo czy gaz ziemny mi się z kuchenki ulatnia. Nie stwierdzę, czy komuś jedzie z japy czy nie albo czy się umył.

Z jednej strony to trochę wnerwiające, że nie mogę w pełni doświadczać świata, z drugiej chyba nie można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało.
Anonwho Odpowiedz

To musi być okropne. Ja wariuję, kiedy podczas kataru, przez kilka dni nie czuję zapachów ani smaków. Współczuję.
PS. A zapach końskiego boksu mógłbym wdychać godzinami :p

Odpowiedzi (7)
mordimer0madderdin Odpowiedz

Nie wiem czy gorsze to, czy moja nadwrażliwość na zapachy. Czasem nie dam rady wejść do sklepu, bo jest mi niedobrze od nadmiaru zapachów, mięso czy szynkę muszę kupować świeże praktycznie każdego dnia, bo nawet po dwóch dniach czuję już zapach, którego nikt inny nie czuje. Często nawet ładne zapachy są dla mnie zbyt silne i nie mogę przebywać blisko wyperfumowanych osób, nawet jeśli są to moje ulubione perfumy, to po prostu kręci mi się w głowie. Smak też mam przeczulony i wielu rzeczy nie jestem w stanie zjeść, przez to wszyscy mają mnie za niejadka. A mi jest po prostu niedobrze od samego zapachu, a co dopiero gdybym miała wziąć to do ust. Czasem wolałabym nic nie czuć.

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (17)

#zeLKr

Gdy byłam mała, to lubiłam rysować po asfalcie kredą. Nie zawsze miałam ją ze sobą, ale zawsze znalazł się jakiś kamień, który godnie ją zastępował. Niektóre sprawdzały się lepiej lub gorzej. Były między innymi białe kamyczki, które do rysowania się nie nadawały i kruszyły się pod naciskiem. Czasem w środku były ciemniejsze.

Dopiero po latach zorientowałam się, że były to zeschnięte psie odchody.
PsychoPatyk Odpowiedz

A ja w dzieciństwie z kolegami bawiłem się w piaskownicy i czasami ktoś dogrzebał się do gliny i używał jej jako budulca. Później się dowiedziałem, że to były kocie kupy.

Odpowiedzi (5)
aniamania Odpowiedz

Przypomniała mi się moja fobia z dzieciństwa: pomylić się przy wybieraniu kamyczka i zacząć rysować psią kupą x

Zobacz więcej komentarzy (3)

#WhiM5

To moje pierwsze wyznanie tutaj, więc podzielę się z wami moją piękną historią, która zdarzyła się na tegorocznym balu studniówkowym.
Dziewczyna mojego kuzyna rozchorowała się i kuzyn został sam, gdy już wszystko było zaplanowane. Zapytał, czy nie wybiorę się z nim. Niechętnie, ale się zgodziłam. Szybko jednak zmieniłam nastawienie, gdy na ostatnich próbach poloneza zauważyłam JEGO. Ten nieśmiały chłopak trzymający się na uboczu zwrócił moją uwagę od razu, był po prostu w moim typie. On sam nie przyszedł z dziewczyną, więc postanowiłam trochę dać mu do zrozumienia, że wpadł mi w oko.

Na studniówce bawiłam się świetnie, cały czas byłam na parkiecie. Poznałam parę osób. Zdążyłam z nim wreszcie zamienić kilka spojrzeń, a przy tańcu posłać tak szeroki i serdeczny uśmiech, jaki tylko umiałam. Chyba podziałało, bo później wodził za mną wzrokiem, myślałam, że zechce mnie zaprosić do tańca.
Było już po północy, czas najlepszej zabawy, bo wszyscy już byli "rozweseleni". Bez wyjątków. To ten moment, kiedy siedziałam sama przy stoliku, a on nieprzerwanie patrzył na mnie.
Wreszcie wstał... Ruszył w moją stronę... Poprawiłam włosy, serce troszkę mocniej zabiło.
Podszedł, uśmiechnął się. Oparł się o stół, a ja nachyliłam się w jego stronę, żeby usłyszeć coś w hałasie muzyki. Widocznie zdobył się na odwagę, wziął oddech i wypalił...
- Przeprtszzzam panią... Czy y y widzziała panji jakomśśś... FLASZke?
- Nie, nie widziałam.
- Szkoda, dziękuję.

Karuzeli śmiechu nie było końca...
Cóż, widocznie oboje nie znaleźliśmy swojej połówki. ;)
PsychoPatyk Odpowiedz

Nie wiedział, jak zagadać, powinnaś była przejąć inicjatywę:
"Oczywiście, wiem gdzie są flaszki, pokażę panu, proszę za mną"

Odpowiedzi (3)
XX2411 Odpowiedz

A to sęp, swojej flaszki nie przyniósł, tylko na cudzą liczył.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (6)
Dodaj anonimowe wyznanie