#0Rqgg

Wyszedłem na klatkę, a nowa sąsiadka wychodziła akurat ze swoim 4-letnim synem. Popatrzył na mnie i powiedział na głos "Nie lubię go!", "Nie podoba mi się ten pan!". Sąsiadka spaliła strasznego buraka i zaczęła mnie przepraszać. Ja się tylko trochę uśmiałem i zapewniłem ją, że nic się nie stało.
Kiedy zeszli piętro niżej, usłyszałem jak synek mówi do niej. "Nie podoba mi się, bo ma długie włosy! Prawdziwi faceci nie mogą mieć długich włosów!".

Mój wygląd został zaorany przez czterolatka. Pięknie! :D

#aI0HE

Postanowiłam nieco odgruzować mieszkanie. Wiele rzeczy nowych, ale też używanych wystawiłam na polarnym portalu. Ogólnie prosta sprawa. Ktoś kupuje, drukujesz etykietę, pakujesz, wysyłasz, czekasz na pieniądze. Czasem ktoś negocjuje cenę. Bywa tak, że nie opuszczam już się ceny towaru, bywa i tak, że jakiś margines negocjacji się uwzględnia i komuś zrobi się niewielką uprzejmość. Ogólnie dla mnie ma znaczenie w jaki sposób ktoś do mnie napiszę. Od taki mój kaprys, moje prawo. I nie mówię tu o ortografii, ale o kulturze.
Jest bowiem grupa ludzi, która wychowywała się chyba w jakiś piwnicach.

Wystawiam przedmiot z metką, nowy, jeszcze w folii. Wartość 60 zł, zakupiony w promocji za 30 plus 10 zł przesyłka. Polityka sklepu jest taka, że zwroty na własny koszt. Stwierdziłam, że a trudno wystawię, za 35 zł (produkt za oryginalną cenę raczej by nie poszedł, ale chciałam, żeby chociaż częściowo i przesyłka się zwróciła, i też nie ponosić kosztów odesłania). Dostaję wiadomość bez żadnej kurtuazji "chce kupić za 25 zł, bo po tyle jest na stronie sklepu". No ok, z ciekawości nawet zajrzałam na stronę i faktycznie za 25 zł były dwa modele (na np. 30 kilka), z których zostały takie rozmiary, które są naprawdę trudne w sprzedaży, a inne modele ze standardowymi rozmiarami za ok 40 zł. Model, ze wzorem który ja sprzedawałam wyprzedany w 100%. Napisałam do Pani "dziękuję za informację, zachęcam do zrobienia bardziej korzystnych cenowo zakupów na stronie internetowej". Jakby ci ludzie za grosz jakieś rozumu nie mieli. Ona widzi na stronie taka cenę, wiec ja mam jej tak sprzedać

Budzą we mnie grymas sytuację, w których ktoś pisze do mnie wiadomości "Biorę za 60!" (nietrafiony prezent - nowy, zapakowany o wartości 100 zł). Może to przesada oczekiwać pytania "Czy zechciałaby Pani opuścić cenę do x zł", ale jaki inny wydźwięk wiadomości! Przedmiot za np. 60 zł, dostaje wiadomość "oddasz za 40" bez znaków interpunkcyjnych, wielkich liter. Nie wiem czy prośba, czy groźba.

Zauważyłam, że produkty pewnej firmy, używane, ale w świetnym stanie idą momentalnie. Zdarzyło mi się wystawić kilka przedmiotów w bardzo dobrych cenach, patrząc na inne ogłoszenia. Po wystawieniu przedmiotu dostałam w ciągu 3 godzin kilka wiadomości z zapytaniami, ale takimi miłymi, kulturalnymi. Wszystkim odpowiedziałam, jedna osoba zakupiła przedmiot. W zasadzie jeszcze nie potwierdziłam sprzedaży kiedy dostałam kolejne pytanie, czy ogłoszenie aktualne (po zakupie przez inną osobę znika opcja wysyłki) podejrzewam, ze z tego powodu pytanie. Piszę miło i uprzejmie, że przedmiot został właśnie zakupiony. Dostaję tyradę o tym, ze skoro przedmiot zakupiony, a ogłoszenie nieaktualne to co ja sobie myślę, że ono nadal wisi na tablicy! Ale w takich sytuacjach to zauważyłam, że najlepiej sprawdza się krótkie "Dziękuję za informację. Pozdrawiam".

#VXjRi

Nie rozumiem totalnie ludzi i ich podejścia do ubrań.
Byłam dzisiaj na małej sesji zdjęciowej koło dzikiego pola maków. Niedaleko było kilka domów, ot domki na prawie końcu polskiego zaścianka. Jak to przy sesji, przebierasz się raz czy dwa w coś innego. Jako że to dzikie pole, ludzi dookoła żadnych praktycznie, warunki dzikie, przebieranie na szybko przy otwartych drzwiach auta jako zasłonka.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby jakaś pani w średnim wieku nie zaczęła z oburzeniem dość głośno mówić, że o, sesje se zrobiły, dziesiątki ciuchów nabrały i się tak przebierają.

Jakby, na tym polega sesja zdjęciowa? Nie, żebym miała tego dużo, dwie sukienki, jedna koszula i para spodni, druga modelka miała podobny zestaw, więc tym bardziej nie rozumiem oburzenia, a jeśli jej się to nie podobało to mogła podejść i zwrócić uwagę, ewentualnie odwrócić wzrok, a nie maniakalnie patrzeć w naszą stronę i rzucać głupie uwagi. Jej sąsiadka na przykład podeszła, porozmawiała, fotograf jej cyknęła nawet dwie fotki telefonem sąsiadki i tyle w temacie.

Nie lubię przebierać się przy obcych, a świecenie bielizną, nawet neutralną (cielistą) nie jest na liście moich marzeń ani tym bardziej pragnień.
I zastanawia mnie to już od dłuższego czasu, że ludzie nie mają problemów z o wiele bardziej odkrywającymi strojami kąpielowymi niż z bielizną, która po prostu jest. Nie mówię tutaj o wszelki rodzajach koronkowych rzeczy, tylko o zwykłej bieliźnie na co dzień.
Zostanie to chyba dla mnie nie do ogarnięcia jeszcze długo.

#NSedx

Uwaga, będzie niesmacznie.

Do paczki znajomych z podwórka należał pewien szczególny osobnik, który jak na swój przedszkolny wiek miał dość rozległą wiedzę o seksie, podczas gdy reszta z nas nie znała nawet takiego słowa. Źródłem tej wiedzy były filmy pornograficzne należące do jego ojca, oglądane podczas nieobecności rodziców. Wiedza okazała się być inspiracją.

Były to czasy, kiedy dzieci nie były pod stałą obserwacją dorosłych. Podczas jednej z wycieczek na łąkę, gdzie pasło się bydło, kolega zaproponował zabawę w krowy.
Polegało to na tym, że on miał być krową, a reszta miała doić mleko lub pić prosto z "cyca". Ja dałam się namówić na dojenie. Pociągnęłam tylko raz, ale patrzyłam jak inny kolega próbował pić.

To było chore. Minęło ponad 20 lat, a nadal się tego wstydzę.

#zkIyR

W tym roku byłem na komisji wojskowej. I szczerze mówiąc wybór sposobu jej przeprowadzania jest dla mnie niezrozumiały. Bo moja komisja w mieście A wyglądała zupełnie inaczej niż komisja mojego kumpla w mieście B (odległość miedzy nimi +/- 30km).

Otóż u mnie: kiedy wchodził chłopak przede mną, ja już musiałem wejść za kotarkę na korytarzu i tam rozebrać się do majtek w towarzystwie gościa, który właśnie wyszedł. Kiedy nadeszła moja kolej wchodziłem do pomieszczenia, gdzie czekało na mnie 3 lekarzy (2 babki i 1 koleś). No i standardowe badania: waga, wzrost, kręgosłup, wywiad itp. A potem to czego chyba każdy chłopak na komisji się obawia: facet zaprosił mnie za parawan, kazał opuścić majty i po trwających może ułamek sekundy oględzinach kazał się zakryć. Do tej pory nie wiem jaki był tego cel. Jedynie chyba upokorzenie, bo na pewno nie da się określić czy wszystko jest w porządku przez rzut okiem. No i podczas wszystkich badań stałem boso na zimnej podłodze, po której chodzili moi poprzednicy, co też wydaje się mało higieniczne, ale mniejsza. No a jak wyglądało to u mojego kumpla?

Wchodził w ubraniach, musiał tylko zdjąć buty do ważenia i koszulkę do badania kręgosłupa. I tyle. Żadnego sprawdzania jaj ani nic.

I to właśnie jest największy problem jaki mam z tym całym cyrkiem. Pomijam już fakt, że przymusowo traktuje się ludzi jak bydło (przypisywanie kategorii itp), czy że zmusza się do tego jedynie facetów (gdzie jest równość płci, halo?) Ale jeśli jest to państwowa komisja to chyba powinno być odgórnie określone jakie badania są konieczne, żeby wszędzie były wykonywane takie same. Bo jeśli zależy to wyłącznie od widzimisię lekarza, który to przeprowadza, to coś tu nie gra moim zdaniem.

#8vlp3

Mam super paczkę znajomych, znamy się od 4 lat, od jakiegoś czasu bardziej się zbliżyłam do przyjaciela, razem spędzamy czas, przytula mnie, całujemy się, ale nie było żadnego tematu o nas, czy to już jest związek? Czy powinnam zainicjować jakąś rozmowę na ten temat? Dodam, że jesteśmy po 20.

#94SNU

Swojej dziewczynie przez 7 lat kupowałem kwiaty, tak, żebyśmy zawsze w domu mieli świeże w wazonach. "Jesteś taki cudowny" - mówiły wszystkie znajome. Zdradzała mnie z trzema kolesiami naraz.

Rozstanie było ciężkie, ale pozbierałem się i zacząłem spotykać się z cudną dziewczyną. Wysyłałem jej kwiaty do pracy, żeby zawsze miała świeże i pachnące. Okazało się, że kiedy spotykała się nieśmiało ze mną i powolutku się rozkręcała, bo "czuła że to to, ale była tak bardzo nieśmiała", tak naprawdę po nocach dawała na prawo i lewo swoim kolegom z baru obok firmy. Kiedy się o tym dowiedziałem, nawet nie próbowała zaprzeczać. Ja załamałem się. Stwierdziłem, że już pewnie z nikim się nie zwiążę.
Po jakimś roku poznałem bardzo miłą dziewczynę. Kiedy któregoś dnia do niej szedłem, kupiłem po drodze kwiaty w kwiaciarni, ale 100 metrów dalej popatrzyłem na nie i stwierdziłem, że najwyraźniej przynoszą mi pecha. Wyrzuciłem je do śmieci, ta dziewczyna nigdy nie dostała ode mnie kwiatów, a pewnie jest jedyną, która na nie naprawdę zasługiwała w moim życiu.

I teraz ona pewnie sobie myśli "Booże, ci faceci, za grosz romantyzmu, nawet kwiatka nie przyniesie". A wszystko dzięki tamtym dwóm, złym kobietom.

#H4kbg

Najgorsza podróż życia.

Lata temu pojechałam do Lublina (nigdy wcześniej tam nie byłam), żeby sfotografować warsztaty muzyki gospel (na zaliczenie na uczelnię). Organizatorzy twierdzili w mailach, że chętnie mnie wpuszczą, że załatwią mi darmowy nocleg i że scena będzie świetnie oświetlona. Pełna nadziei spakowałam aparat, obiektywy, kilkanaście złotych na jedzenie, szczoteczkę do zębów i koszulkę do spania, ubrałam krótką spódniczkę i pojechałam. Sprawdziłam na wszelki wypadek pociągi powrotne – jeden koło 22:30, drugi o 6 rano.

Schody zaczęły się, kiedy wysiadłam z pociągu. Najpierw zorientowałam się, że padł mi telefon, a ja zapomniałam ładowarki, potem, że jeszcze pół godziny autobusem muszę jechać i kolejne dziesięć minut iść, żeby dotrzeć na miejsce.

Na miejscu niespodzianka: zmieniła się koncepcja oświetleniowca, śpiewających oświetla tylko czerwona lampka. Od tyłu, oczywiście. A moje lampy zostały w domu. Pocykałam, co się dało i przezornie zapytałam organizatorki, czy mój nocleg jest pewny. Powiedziała, że tak. Koncert skończył się o 23. Wtedy okazało się, że jednak nie. Tzn. jeśli chcę, mogę za 10 złotych przespać się na podłodze w kościele (sic!). Licząc na inne standardy, śpiwora i karimaty oczywiście nie miałam.
Postanowiłam dostać się na dworzec i coś wymyślić. Oczywiście ostatni autobus zdążył już odjechać, ale bardzo miła pani (pozdrawiam ją z tego miejsca serdecznie) powiedziała mi, że jak wsiądę w autobus jadący w drugą stronę, to za dwadzieścia minut dostanę się na pętlę, z której całą noc jeżdżą autobusy na dworzec. Wsiadłam w ten autobus i za 20 minut rzeczywiście byłam na pętli, z której ostatni autobus w stronę dworca odjechał godzinę wcześniej. I oto nastał czas apokalipsy – ja sama, w krótkiej kiecce, z torbą kryjącą sprzęt za kilka tysięcy złotych, z rozładowaną komórką, kilkunastoma złotymi w kieszeni na obrzeżach miasta, którego kompletnie nie znam i nie mam w nim żadnych znajomych, stoję sobie za piętnaście dwunasta w nocy. Pętla okazała się bursztynowym szlakiem dresiarzy, przed którymi chowałam się trzykrotnie za śmietnikiem.
W końcu pojawił się mój wybawca – szedł sobie drogą jakiś mężczyzna, którego postanowiłam poprosić o pomoc. Już nic nie miałam do stracenia. Dobra dusza zaprowadziła mnie na dworzec (ponad półtorej godziny z buta) i nawet chciała zaprosić do domu, ale trochę się bałam.

Pociągu brak, ale obmyśliłam drogę wiodącą przez trzy przesiadki. W pociągu dosiadł się do mnie czosnkowy dziadek, mający do przejechania tę samą trasę, co ja. Dziadek zamknął przedział, zasunął zasłonki, zgasił światło i rzekł: "Może się prześpisz? Przecież cię nie zgwałcę!". Z przedziału udało mi się uciec i jakoś dotarłam do domu, ale wrażenia niezapomniane.

PS Zdjęcia oczywiście nie wyszły.
Dodaj anonimowe wyznanie