#1ikPB

Po szkole średniej wyjechałam do Warszawy na studia. Żeby dorobić, często brałam udział w teleturniejach jako osoba, która siedzi na widowni i klaszcze. Grałam też statystów w serialach i dwóch filmach. Nie były to oczywiście wielkie role - zwykle przechodzenie gdzieś w tle po ulicy, po parku czy udawanie klienta w restauracji.
Po pewnym czasie dostałam główną rolę w jednym z paradokumentów. Oczywiście pochwaliłam się rodzicom i znajomym, ale z racji tego, że od momentu nagrań do emisji w TV minęło kilka miesięcy temat ucichł.

Pewnego dnia zadzwoniła do mojej mamy ciotka Halina, z którą rzadko się widujemy. "Grażyna, jedź szybko do Warszawy, Kasia miała wypadek, w TV pokazują" - wykrzyczała zdenerwowana ciotka. Moja mama zdezorientowana próbowała się dowiedzieć o co chodzi. Ciotka tłumaczyła jej, że pokazali jak zabiera mnie karetka, lekarz się wypowiadał i policja była. Na szczęście mama się zorientowała, że chodzi o ten serial i próbowała tłumaczyć, że to nieprawda, że to tylko nagrane, ale ciotka szła w zaparte. Mało tego, nawyzywała i naprzeklinała rodziców - "co z was za rodzice, córka w szpitalu, a wy nie chcecie pojechać..." i w złości się rozłączyła.
Po około 15 minutach zaczęły wydzwaniać do mamy inne ciotki, również w panice, bo ciotka Halina wydzwaniała do nich, że taka tragedia, a wyrodni rodzice nie chcą jechać do mnie do szpitala i pytały co się u nas dzieje.
Mama nie mając wyboru, w obawie, że zaraz ciotka Halina sama pojedzie do tej Warszawy, szybko zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym ja zadzwoniła do ciotki Haliny, bo ona nie ma na nią argumentów.

Oczywiście zadzwoniłam. Odebrała przejęta i nie dała mi dojść do słowa: "Kasieńko, jak dobrze, że dzwonisz, ja wszystko widziałam, cały wypadek, lekarz mówił, że ciężko z tobą, ja dzwoniłam do rodziców, ale twoja mama mnie wyśmiała, co za ludzie, tu taka tragedia, a wyrzekli się dziecka...". Na szczęście udało mi się przerwać jej monolog i próbowałam tłumaczyć, że to film, że nic mi nie jest, że w ogóle ten paradokument pokazuje zmyślone historie. Ciotka Halina nie dawała za wygraną "bo ty masz uraz głowy, możesz nie pamiętać, ja przecież widziałam"... Ech...

Było ciężko, gadałyśmy prawie godzinę zanim jakoś ją przekonałam, że to fikcja.

#pa888

Sytuacja miała miejsce 3,5 roku temu. Miałam ledwo ponad 20 lat i rozczarowanie miłosne za sobą. W szukaniu potencjalnego kandydata na męża pomógł mi Internet. Poznałam rok starszego chłopaka pracującego w moim mieście, ale mieszkającego jakieś 100 km od niego. Umówiliśmy się na najbliższą sobotę. Sprawy potoczyły się jednak tak, że w czwartek skończyłam wcześniej pracę, zaledwie godzinę później od niego, więc na spontanie postanowiliśmy się umówić tego samego dnia wieczorem.

Przyjechał po mnie do pracy, potem gadaliśmy do późnych godzin wieczornych, następnie odwiózł mnie do domu. W piątek miał mieć nocną zmianę, a ja miałam wolne na uczelni i w pracy, więc uparł się, żebyśmy spotkali się rano. Przyjechał do mnie. Od słowa do słowa wylądowaliśmy w łóżku, gdzie spędziliśmy najbliższe kilka godzin. Chłopak o 16 był padnięty, ale cóż, musiał lecieć do pracy. Jeszcze wieczorem będąc w pracy napisał do mnie, umawialiśmy się na sobotę do kina, jak odeśpi nockę.

Nie odezwał się ani w sobotę, ani w niedzielę, ani w poniedziałek, miał wyłączony telefon. Dopiero we wtorek w słuchawce odezwał się męski głos informujący mnie, że jego brat zginął w wypadku w sobotę rano. Nie uwierzyłam, dopóki nie znalazłam artykułu w Internecie i nie zobaczyłam jego zmasakrowanego samochodu. W artykule napisano, że młody kierowca z nieznanych przyczyn zjechał na sąsiedni pas i zderzył się czołowo z innym autem, zginął na miejscu mimo reanimacji. Prawdopodobnie zasnął za kierownicą.

Minęło już kilka lat, a ja nadal nie mogę sobie wybaczyć, że to przeze mnie nie wyspał się do pracy i przeze mnie był zmęczony. Każdy mówi mi, że nie mogę się za to obwiniać, ale mimo to jest mi cholernie przykro, że chłopak zginął w wieku młodszym niż ja jestem teraz.

#kRrDu

Znajoma wróciła ostatnio z wyjazdu do Afryki. Po skończonych studiach postanowiła "poznać świat" i "pomóc ludzkości" przez rok. A że ją stać na niepracowanie dzięki rodzicom, to wyjechała na wolontariat. Do Afryki - pomagać biednym ludziom.
I pobyt tam troszkę ostudził jej zapał w ratowaniu świata.

Tak się złożyło, że w wyprawie pomogła jej ciotka, która od dłuższego czasu działa w organizowaniu pomocy humanitarnej dla głodujących. Kobieta, która zna tamte strony od lat i wzięła ją pod swoje skrzydła.

Koleżanka wróciła obdarta ze złudzeń. Z czym się spotkała (a raczej co zobaczyła "pod podszewką" dzięki cioci)?
- Tam są całe domy dziecka, gdzie siedzą "sieroty" oddane tam przez rodziny, aby trzepały kasę od bogatych Europejczyków/Amerykanów, czasem specjalnie okaleczane, by wzbudzały większą litość
- Ludzie tam nie mają absolutnie żadnych zahamowań przed kradzieżą wszystkiego, co nie jest przykręcone do podłogi. Kilka razy pacjenci w szpitalu umierali, bo ktoś zakosił potrzebne im leki, by sprzedać je za grosze na rynku. Wiedząc, że umrą.
- Gwałty tam są na porządku dziennym, o dziwo białe kobiety są w miarę bezpieczne - tylko dlatego, że ludzie kontrolujący całą imprezę wiedzą, że jak zaczną je gwałcić, to "bankomaty" przestaną tam przyjeżdżać.
- Pomoc humanitarna w dużej mierze trafia nie tam, gdzie trzeba - albo do "fałszywych potrzebujących", albo jest rozkradana po drodze.
- Ci ludzie opanowali do mistrzostwa bycie ofiarą. Zwykli wolontariusze nie mają szans odróżnienia "udawaczy" od faktycznie potrzebujących. A tych drugich jako słabszych trzyma się od nich zwykle z daleka.

Koleżanka mówiła, że była zdruzgotana tym, że oni sobie zrobili praktycznie biznes z dojenia ludzi, którzy przyjeżdżają tam na wolontariat myśląc, że pomagają potrzebującym. A w rzeczywistości trafiają do doskonale wyreżyserowanego przedstawienia granego dla nich.

#qp4Zc

Podczas ostatniego Święta Zmarłych nie zdążyłam o normalnej godzinie przyjść z kwiatami na grób mojego dziadka, więc na cmentarz przyczłapałam już trochę po północy. Na domiar złego za cholerę nie udało mi się zlokalizować dziadkowej mogiły, więc przez dobrych kilkanaście minut krążyłam pomiędzy alejkami, grobami i krzakami. W pewnej chwili wpadłam na sympatyczną staruszkę, która podobnie jak ja, zagubiona chodziła w te i nazad.
„O! Co pani tu robi?” - krzyknęła wystraszona. „Najwyraźniej to samo, co pani” - odparłam z uśmiechem. Starowinka wyszczerzyła się i mrugnąwszy do mnie okiem poszła dalej.
Ja w końcu zlokalizowałam mogiłę dziadka, zapaliłam znicz i przycupnęłam sobie na ławeczce. Po chwili znów zobaczyłam tę starowinkę. Szła, bujając się na boki, z torbami pełnymi łupów. Jak się okazało, babina okradała groby z kwiatów i zniczy...

#ZhoGv

Był 26 maja. Stałem sobie przy kasie w monopolowym z kwiatkiem dla mamy. Musiałem wyjąć pieniądze z portfela, więc włożyłem sobie różę do ust i nagle słyszę głos żula z końca kolejki: "Może jeszcze, kur*wa, flamenco zatańczysz".

#5CGPj

Na pierwszym roku studiów zrobiłem prawo jazdy i za długo oszczędzane pieniądze kupiłem własny samochód. To był rzecz jasna stary rzęch, ale tak czy inaczej wielka radość.

Jakoś w pierwszym tygodniu jeżdżenia własnym samochodem raz po zajęciach z przyzwyczajenia wróciłem do domu autobusem. Gdy przypomniałem sobie, że samochód został koło uczelni, wziąłem samochód ojca i pojechałem po niego.

Dopiero w połowie drogi zorientowałem się, że mój plan ma istotną lukę, bo pojechałem sam.

#pxCly

Pisząc to wyznanie mam ścisk gardła, bo mogłem zareagować szybciej…

Było lato 2011 r., koniec szkoły, zaczęły się wakacje, a do domu obok wprowadził się nowy sąsiad, miał na imię Zbigniew. Początki przyjaźni między moimi rodzicami a Zbigniewem przebiegały pomyślnie, zapraszali się wspólnie na grilla, chodzili na kręgle i do baru. Ja też lubiłem tego gościa, miał fajne podejście do życia, pracował w domu i miał córkę w moim wieku, czyli 14 lat. Nasze domy były niemal identyczne, z tym że Zbigniew miał za domem spore pole, gdzie biegały psy, i to duża liczba psów. Kiedyś zapytałem sąsiada po co mu tyle psów, on odpowiedział, że to część jego pracy, czyli szukanie im domów przez internet, a ja uwierzyłem.

Wakacje trwały w najlepsze, a ja znalazłem pracę w sadzie, by zarobić na nowy rower. Żeby dojechać do pracy, musiałem wcześnie wstawać i tak też było. Raz wstałem o 5 rano i usłyszałem skowyt psa, otworzyłem okno w pokoju i dźwięk wyraźnie dochodził z domu Zbigniewa. Nie przejąłem się zbytnio, bo widziałem, że Zbigniew często psom pomaga i może któremuś psu coś się stało, a on go leczył. Koniec wakacji był coraz bliżej i zauważyłem, że psów u sąsiada prawie nie ma, było to o tyle dziwne, że w przeciągu kilku dni zniknęło ich z 15 sztuk, a sąsiad często narzekał, że nikt nie chce ich adoptować. Sytuacja się powtórzyła, znów usłyszałem skowyt psa, wtedy trochę się przeraziłem, bo był to skowyt wielkiego cierpienia i wtedy postanowiłem sprawdzić, co się u niego w domu wyprawia.

Kiedy sąsiad wyjechał z podwórka, niewiele myśląc wszedłem na jego posesje. Do domu nie mogłem wejść, bo był zamknięty, ale pod schodami zauważyłem okno od piwnicy, które było uchylone, pochyliłem się nad nim i dopadł mnie niewyobrażalny smród stęchlizny, przetarłem szybę z kurzu i ujrzałem kilka psów we krwi powieszonych za tylne łapy. Byłem przerażony, one wszystkie były martwe, a obok nich na palnikach stały wielkie garnki, w których coś się gotowało. Uciekłem stamtąd i zadzwoniłem na policję, ci przyjechali bardzo szybko i czekali na Zbigniewa, a kiedy wrócił skuli go i wsadzili do radiowozu.

Jak się okazało, ujawniłem mordercę psów, który nie zarabiał na szukaniu im domów, a na sprzedawaniu smalcu, który miał właściwości lecznicze. Gdybym zareagował wcześniej, za pierwszym razem, kiedy usłyszałem skowyt, mógłbym uratować więcej psich istnień. Zbigniew został potraktowany zbyt lekko, bo dostał 5 lat bezwzględnego pozbawienia wolności oraz 150 zł kary. Jego córka o niczym nie wiedziała… do samego końca była zapatrzona w tatę, który pomaga psiakom.

#dA1Ww

Uwielbiam, kiedy inni ludzie robią coś gorzej niż ja. Ktoś się wygłupia, zachowuje żenująco, inni się z niego naśmiewają? Od razu mam przy nim zastrzyk endorfin. Komuś coś nie wyjdzie, zawali egzamin, nie wytrwa w diecie, nie poradzi sobie z czymś? Robi mi dzień.

Dziwne w tym jest to, że nie cierpię obsmarowywać takich osób za plecami ani z nich szydzić, a w towarzystwie mam opinię osoby, która o każdym mówi dobrze i w każdym dopatruje się pozytywnych stron. W rzeczywistości jest na odwrót: w każdym szukam wad, głupoty, wszelkich dowodów niższości. Jest to spowodowane moją niesamowicie wręcz niską samooceną, którą wiele bliskich mi osób jeszcze podkopywało tekstami typu: "a za co ja mam cię szanować", "przekonaj mnie, że na to zasługujesz", "wyjdzie ci jak zwykle, czyli wcale" - które to teksty oczywiście miały za zadanie mnie "mobilizować".

Nie cieszy mnie ludzka krzywda, typu choroby, wypadki i problemy w związku, tylko takie zwykłe, nieszkodliwe dowody ludzkiej ułomności. Dużo bardziej wolę towarzystwo "gamoni" niż "fajnych ludzi", bo podbudowują mnie i dają energię, którą ci "fajni" zawsze mi zabierali.

#Pk4jS

Postanowiłam podzielić się wyznaniem, które może da coś do myślenia osobom, które krzyczą, że niekiedy to kobieta jest winna gwałtu. Zastanówcie się czasem, co piszecie.

Miałam wtedy 18 lat. Z koleżanką dosyć mocno imprezowałyśmy w tym czasie. W klubie poznałyśmy starszego faceta. Miło się gadało, ale postanowiłyśmy wracać już do domu. On nam zaproponował u siebie herbatę. Poszliśmy do niego piechotą, bo mieszkał niedaleko. Wiem, że to było nieodpowiedzialne, ale po alkoholu nie myślałyśmy za dużo.

Na miejscu okazało się, że facet jest jakiś dziwny. Zaczął mówić jakieś zboczone rzeczy, dążył do tego, aby coś między nami doszło. Uznałyśmy, że idziemy stąd. Wtedy facet zaczął mnie mocno trzymać i nie chciał puścić, przygniatał mnie do materaca leżącego w kuchni. Moja wspaniała koleżanka uciekła, zostawiając mnie samą.

Wyrywałam się i w pewnym momencie zaczęłam do niego mówić, że policja łatwo dojdzie do niego, że w klubie są kamery, a moja koleżanka zna adres. Wtedy facet mnie puścił. Ja szybko zgarnęłam rzeczy, wybiegłam z tego domu bez butów. Facet tylko bez słowa się na mnie patrzył jak uciekam. Chyba go musiałam wystraszyć i się ogarnął.

Na dole zadzwoniłam po mojego ojca, że impreza skończona i czy by mógł mnie odebrać. Przyjechał. Nie powiedziałam nic nikomu. Z koleżanką zerwałam znajomość, bo nie mogłam jej wybaczyć, że mnie tam zostawiła z tym psycholem. Do dzisiaj nikt nie wie.

Wiele osób pewnie by krzyczało, że sama jestem sobie winna, bo poszłam z obcym facetem do jego mieszkania, że poszłam na imprezę, że piłam i może miałam zbyt krótką sukienkę. Jednak z perspektywy czasu uznaję, że przecież ten facet nie miał prawa. On nie jest jakimś zwierzęciem, żeby nie mógł powstrzymać swoich instynktów na widok samicy. Nie róbmy z facetów zwierząt, które kierują się tylko wiadomą częścią ciała i nie mają mózgu.

Większość życia miałam poczucie, że ta sytuacja, która mnie spotkała, to moja wina. Gdyby nie te żałosne głosy o tym, że to kobiety są winne gwałtom, może bym zgłosiła tę sprawę, a tak to koleś mógł zrobić coś innej dziewczynie. Nie zgłosiłam, bo bałam się, że to ja zostanę okrzyknięta winną.

#4oscj

Zimowy dzień w szkole, 2 klasa liceum. Siedziałam w ławce z kolegą. Jako, że zbliżał się czas wystawiania ocen na koniec semestru, stwierdziłam, że pora wziąć się do roboty. Trzeba zaznaczyć, że chodziłam do szkoły o dość wysokim poziomie nauczania, a na palcach jednej ręki można policzyć osoby w klasie, które nie były megamózgami z dwa razy wyższym IQ niż moje. Nie to, że jestem jakaś tępa, nigdy nie miałam problemów ze zdaniem z klasy do klasy, jednak oceny raczej przeciętne.

Wracając do mojej historii, na dworze było już szaro, siedziałam na francuskim, zmęczona po całym dniu w szkole, zajęta czytaniem tekstu. W sali cisza jak makiem zasiał. Kumpel oczywiście, w przeciwieństwie do mnie, strasznie się nudził i wpadał na coraz głupsze pomysły, by mnie "rozruszać". Nagle złapał mnie za kolano i ścisnął, wiedział, że strasznie mnie to drażni i to mój czuły punkt. W tym momencie, zapominając o nauczycielce, ludziach w klasie, wydarłam się "CZY CIEBIE POJEBAŁO? NIE TAM!", jednocześnie odruchowo podnosząc do góry nogę, tak że z całym impetem uderzyłam kolanem o spód ławki tworząc niesamowity huk. 

Wszystkie oczy na mnie, myślałam, że nauczycielka zabije mnie wzrokiem, bo w czasie całej "akcji" usiłowała włożyć płytę do odtwarzacza i była pewna, że mój krzyk był skierowany do niej. W nagrodę za swoją pracowitość i sumienne wykonywanie pracy na lekcji obniżono mi ocenę z zachowania i zaproszono na dywanik do dyrektora... A z owym kolegą z ławki właśnie mija 4 rok naszego związku.
Dodaj anonimowe wyznanie