#YZTBm

Dobrych parę lat temu, po maturze, poleciałam do Londynu trochę dorobić. Opiekowałam się dzieckiem.

Jestem ze wsi. Początki poruszania się po tak wielkim mieście, w dodatku za granicą, nie były łatwe. I pech chciał, że jadąc autobusem wysiadłam na złym przystanku. Zaczyna padać, bateria rozładowana, dziecko głodne. Znałam tylko adres, zaczepiam więc ludzi, łamanym angielskim, wyuczonym w szkole, pytam ludzi, czy wiedzą gdzie mieszkam. Każdy kiwa głową, śpieszy się, idzie dalej. Podłamana trochę, bo byłam raczej gdzieś na wylotówce niż w centrum, pytam gościa o adres, ten patrzy na mnie i pyta w jakim języku mówię, bo z angielskim mało ma to wspólnego, skąd jestem, Russia, German, Ukraine? A ja nieśmiało „from Poland”. A on „łoo kur#a, dziewczyno!”. I już byłam w domu! Zaprowadził mnie do polskiego sklepu, tam podłączyłam telefon, zadzwoniłam do matki małej, która po nas przyjechała.

Nie wywalili mnie, ale do końca pobytu byłam dużo ostrożniejsza :-)

#3IrgF

Jestem bardzo nieśmiała i rzadko kiedy publicznie się odzywam, bo gdy jestem podenerwowana, to łamie mi się głos, zaczynam się czerwienić i czuję się jak ostatnia idiotka. 

Kiedyś udzielałam wywiadu do lokalnej telewizji na temat wydarzenia kulturalnego, którego byłam współorganizatorką. Wiadomo, stres, ale wspięłam się na wyżyny swoich możliwości i w miarę sensownie odpowiadałam na wszystkie pytania.

Po kilku minutach mojego nawijania, kiedy już odetchnęłam z ulgą, że mam to za sobą, kamerzysta przypomniał sobie, że nie włączył kamery...

#Mcpym

Mam starszą o kilkanaście lat siostrę oraz młodszego o rok brata. A. była dla nas bez porównania lepszą siostrą niż my dla niej braćmi. Skutecznie też oduczyła nas złodziejstwa i grzebania w cudzych rzeczach kilkoma prostymi sposobami.

Umiała tak zafarbować białe landrynki/najobrzydliwsze w smaku JellyBeans, by wyglądały na te smaczne. Czasami w środku natrafialiśmy na bobki jej koszatniczek (takie wiewiórki). Nigdy nie znaleźliśmy niezaminowanych słodyczy, mimo podbierania ich ze skrytek, z których sama je jadła chwilę wcześniej na naszych oczach. Umiała bezśladowo faszerować czekoladki, butelki/puszki z coca-colą (ew. każdym innym, słodzonym, zakazanym dla nas napojem z bąbelkami) silnym środkiem przeczyszczającym. Czasami było to coś piekielnie gorzkiego i zarazem barwiącego, co nie dość, że powodowało odruch wymiotny, to jeszcze no cóż... ślady zbrodni były wszędzie. Nieważne, którą stroną wyszły. Gdy próbowaliśmy podbierać jej odświętnie spożywane piwo (i każdy inny alkohol), zawsze było ono piekielnie słone/gorzkie, kończyło się sraniem albo rzyganiem. Ona sama na naszych jadła/piła teoretycznie te same produkty i... nic. Gdy przekopywaliśmy jej pokój podczas jej nieobecności, na głowy spadły nam m.in. martwy kot, szczur, przejrzała purchawka, pełna pyłu huba (taki grzyb), kilka kilo książek oraz wylało nam się na głowy coś przypominające wymiociny, innym razem melasa.

Mama i tata przy próbach żalenia się na złą siostrę nie dość, że żali nie uznawali, to jeszcze kazali nam po wszystkim sprzątać, siostrę przeprosić i dokładali karę od siebie. Prawdopodobnie dzięki temu wyszliśmy z bratem na ludzi, bo gnoje były z nas wybitnie podłe.

Od tamtych czasów minęło kilka lat. Porozmawialiśmy o tym z siostrą (obecnie nasza najlepsza przyjaciółka), pośmialiśmy się, poprosiliśmy z bratem o powtórkę ze spożywczej gamy rozrywek. Chcieliśmy sprawdzić, czy znów się nabierzemy. Nabraliśmy się. Rodzice, którzy postanowili sprawdzić jej legendarne umiejętności, również. Nikt z rodziny, kto się owym „challenge'em” zainteresował nie dał rady. Siostra dawała nam słodycze z pudełka, z którego też sama jadła (czasami po kilka sztuk naraz, nabieranych garścią), oraz picie z butelki/puszki, z której sama też piła. Jej nigdy nic nie było. Nawet język jej się nie zabarwił.

Teraz straszę moje dzieci ciotką czarownicą. Względnie ufoludkiem albo Reptilianką :D

#J9sat

Na wstępie powiem, że nazywam się Maja Mama. Mój mąż pochodzi z Filipin i tam naprawdę istnieje takie nazwisko. Razem z mężem mamy syna. Teraz czas na właściwe wyznanie.

Mój syn miał być zwolniony z ostatnich lekcji. Musiałam podpisać dokument swoim imieniem i nazwiskiem. Zrobiłam to i oddałam kartkę mojemu synowi. Po trzech godzinach dzwoni do mnie nauczyciel z informacją, że mój syn próbował podrobić nieudolnie mój podpis, pisząc „moja mama”. Nie wiedziałam o co chodzi, więc pojechałam do szkoły. Na miejscu okazało się, że nauczyciel moje imię i nazwisko przeczytał jako „moja mama”.

Nie wiem jakim idiotą trzeba być, żeby to pomylić. Ten nauczyciel dobrze wiedział, jak się nazywam, no i przecież imię i nazwisko było z dużych liter. Jednak na świecie istnieją tak mało inteligentne osoby.

#yj33q

Za dzieciaka miałem wadę wymowy i nosiłem ze sobą notesik i długopis, na wypadek gdyby ktoś nie mógł mnie zrozumieć. Tak mi się to spodobało, że w zasadzie w sklepach czy innych przypadkach w ogóle nic nie mówiłem, tylko pisałem na karteczkach.
Sytuacja właściwa: sklepik osiedlowy, do którego często chodziłem sam. Od niedawna pracowała tam jakaś nowa ekspedientka, która mnie już kilka razy obsłużyła.
Była w szoku, gdy wszedłem do sklepu z mamą i z nią rozmawiałem, bo dopiero wtedy sobie uświadomiła, że nie jestem niemową :)

#ywdtC

O tym, jak to mem pomógł mi ogarnąć żonę (na szczęście ona tu nie zagląda).
 
Jakiś czas temu widziałem mema z mechanikiem, kobietą i bulbalatorem. Otóż po dłuższym czasie odkładania na wymarzone auto udało się i kupiłem sobie ukochanego mustanga z lat 60. Moja żona stwierdziła, że też woli nim jeździć zamiast nudnego SUV-a i zgadzałem się na to – dopóki nie zobaczyłem, jak go katuje. Nie dość, że naprawdę robiła wszystko, by go zniszczyć przez swoje ego, które mówiło, że jest genialnym kierowcą, to jeszcze ile razy prosiłem, żeby tego nie robiła, to twierdziła, że za bardzo przeżywam, że się czepiam i się nie znam.

Każde z nas pracuje na etacie, ale jeszcze posiada swoją firmę. Ja odkładałem na samochód, ona na wymarzone wakacje na Karaibach. Kiedy pochwaliła się, że ma już całą sumę, wpadłem na plan jak utrzeć jej nosa, by zaczęła dbać o moja zabawkę. Po pewnej jeździe powiedziałem jej, jeszcze jak była za kierownicą, że coś stuka i na pewno to bulbalator. Oczywiście nie czekała, aż silnik się rozgrzeje z ostrą jazdą. A jeżeli to bulbalator się popsuł, to 10 tys. zł może nie starczyć na naprawę. Standardowo stwierdziła, że jestem przeczulony na punkcie autka. Założyliśmy się, że pojedzie sama do mechanika i jak ja miałem rację, to ona naprawia na swój koszt, a jeżeli się pomyliłem, ja stawiam nam wakacje.
No cóż tu dużo mówić... Mechanik to mój dobry kolega, więc potwierdził, że to bulbalator i tylko dzięki znajomości to będzie kosztować około 10 tys. złotych.

Zapłaciła. Nie chce już jeździć moim autem i nie wspomina już, że przeżywam. A co najważniejsze, za dwa miesiące lecimy na Dominikanę, bo mam dobre serduszko i opłaciłem ze „swoich” pieniędzy wyjazd.
Dodaj anonimowe wyznanie