#XcAw6

Wśród wyznań sprzed miesiąca znalazłem historię o ofermowatych kandydatach na żołnierzy, którzy bardziej przypominali wojaka Szwejka i mieli problem ze sformowaniem kolumny czwórkowej. W komentarzach padło kategoryczne stwierdzenie – "to bzdura! nie ma czegoś takiego jak Studium Wojskowe".
Powiem tak – może i nie ma, ale było. Na sto procent.
Na niektórych kierunkach studiów nie było półrocznego szkolenia w jednostce, tylko właśnie Studium Wojskowe, gdzie słuchało się wykładów na tematy wojskowe, a potem w lipcu miesiąc w jednostce w lesie pod Warszawą. Jeśli ktoś nie miał alergii na wojsko, to czuł się bardziej jak na obozie harcerskim niż na poligonie.
I właśnie z takiego obozu przypomniała mi się historia pt. Kolega z Białegostoku.

Tego dnia miało być bieganie po lesie, więc padła komenda "za 15 minut wszyscy przed budynkiem w spodenkach gimnastycznych". Wszyscy byli w spodenkach, tylko Kolega z Białegostoku w spodniach od dresu. Porucznik od razu to zauważył.
– A ty dlaczego nie w spodenkach?
Wtedy z tyłu ktoś zawołał:
– Bo jemu się nie mieści!
Śmiech, który wybuchł, wystraszył wszystkie wrony na pobliskich drzewach. Nie śmiał się tylko Kolega z Białegostoku, litewski niedźwiedź bez poczucia humoru, i poleciał na skargę do pułkownika.
Myśleliśmy, że z przepustkami na sobotę możemy się pożegnać... A tymczasem nic się nie działo.

Dopiero po kilku dniach porucznik nam opowiedział, że jak pułkownik usłyszał o co chodzi, to ze śmiechu aż mu sztuczna szczęka wypadła :)

#CkpHy

Opowiem Wam historię sprzed kilku miesięcy, kiedy to wraz z moim chłopakiem byliśmy na urlopie w Paryżu. Oczywiście dużo zwiedzaliśmy i nie mogło zabraknąć wizyty na wieży Eiffla.

Kilka dni wcześniej rozmawialiśmy o planach na przyszłość (tak luźno o ślubie itp.). Zawsze marzyłam o wyjątkowych oświadczynach, więc jak tylko wjechaliśmy na szczyt wieży, to mój umysł zaczął fantazjować.

Nagle mój chłopak zaczął nerwowo grzebać po swoich kieszeniach. Myślę sobie: "To jest ta nasza wielka chwila!".
Po chwili patrzę, a on wyciąga fajkę i mówi do mnie: "Zawsze chciałem zapalić papierosa na wysokości 300 metrów".

#uskWu

O covidianach i ich podwójnych standardach.

Pracuję za granicą, w opiece osób starszych. Akurat tyczy się to kraju, który wprowadził ogromne restrykcje. Rodzina moich podopiecznych to typowi "covidianie", najchętniej by pozamykali nieszczepionych, a jak ktoś zdejmie maskę w pracy/ w sklepie, to robią ogromny raban. Natomiast ja uważam, że szczepienia są ważne i potrzebne, ale już zmuszanie kogokolwiek do nich, choćby w najbardziej zawoalowanej formie, przyniesie więcej szkody niż pożytku.
I teraz historia właściwa.

Święta, więc w planie spotkanie rodzinne, wszyscy chcą się zobaczyć, spędzić razem czas. I przed samymi świętami jeden z wnuków się przeziębił. Oczywiście zrobionych zostało kilka testów, aby wykluczyć covid. Wszystkie wyszły negatywne, więc dzieciak został zabrany na spotkanie rodzinne, gdzie było kilkanaście osób. Efekt jest taki, że dwójka podopiecznych (ponad 80 lat) chora, córka (po 50. i operacji serca) chora, i do tego jeszcze ja jestem chora. A wiedzieli dokładnie, że w zeszłym roku miałam kilka antybiotykoterapii i mam mocno osłabiony układ odpornościowy.

I teraz zastanawia mnie, skąd u nich ta głupota. Bo skoro to nie covid, to już można pozarażać? Serio? Mogli spokojnie przełożyć wizytę na następny tydzień, albo zostawić dzieciaki w domu, skoro i tak cały czas tylko grały na telefonach. Albo dlaczego nie założono mu maski, skoro był chory, i skoro tak o te maski zazwyczaj walczą? Wkurza mnie to straszliwie, że teraz tylko jedna choroba jest uznawana za niebezpieczną, a przy każdej innej myślenie i zdrowy rozsądek idą w niepamięć. Wkurza mnie też to, że tak ciężko otrzymać pomoc medyczną w sprawach innych niż covid. Aczkolwiek najbardziej mnie wkurza w tym wszystkim fałszywość i brak myślenia u niektórych osób.

#OdzUA

Kilka lat temu pracowałam w małym prywatnym żłobku. Max 3, w porywach 4 dzieci na jedną opiekunkę i adekwatnie 10, max 12 dzieci w całej grupie. Co za tym idzie byłyśmy bardzo zżyte ze swoimi podopiecznymi i miałyśmy rewelacyjny kontakt z rodzicami dzieciaczków (chociaż ci bywali różni).

Średnia wieku moich podopiecznych w pewnym momencie zaczęła oscylować w okolicy 2 lat, więc postanowiłam zakupić "grupowego" chomika. Dzieci uczyły się, jak obcować ze zwierzęciem, że nie należy rzucać, ściskać, eksperymentować i zaniedbywać. Bardzo chętnie pomagały w karmieniu, wymienianiu trocin i napełnianiu poidła. Na weekend zabierałam go do domu.
Po jakimś czasie niestety chomik zmarł. Możliwe, że nie był najmłodszy już w momencie zakupu. Tylko jak to wytłumaczyć malutkim dzieciom? Sporo czasu poświęciłam na objaśnienie "kolei rzeczy". Oczywiście w odpowiedniej formie dla małych umysłów. A mały Jaś wypytywał o wszystko. Oj, długo czasu zajęło mi odpowiadanie na pytania "a dlacego?", "a cy lucie teś tak majom?", "a cy kaśdy mosie dechnąć?". Oczywiście tłumaczyłam, że ludzie nie zdychają, tylko umierają i cierpliwie odpowiadałam na wszystkie pytania, w bardzo uproszczony sposób dostępny dla małego dziecka.
Kilka dni później przychodzi mama Jasia. I mówi zmieszana, że spotkała sąsiadkę, a Jasiu powtarzał kilkukrotnie "dechnieś, dechnieś". Było jej głupio, bo nie rozumiała o co synkowi chodzi. Z przerażeniem powiązałam wydarzenia i wyjaśniłam wszystko mamie. Rozmowa z Jasiem, że nie każdy stary człowiek zaraz umrze itp. Jasiu tylko mówił - "nie, nie, nie".
Po następnych kilku dniach mama Jasia przyszła cała blada - "Pani Gienia (sąsiadka) wyszła rano po bułki, poślizgnęła się (zima) i uderzyła głową o chodnik. Zmarła na miejscu...".
Rozumiem, że niemiłe przeżycie, ale czemu mama Jasia mi o tym opowiada?


Minęło kilka miesięcy... Po Hanię często przychodziła babcia. Pewnego razu Jasiu podszedł do niej i powiedział "dechnieś, dechnieś".
Nie skojarzyłam faktów. W następnym tygodniu babcia po Hanię już nie przyszła. Jej mama powiedziała, że pijany kierowca potrącił babcię na przejściu dla pieszych. Niestety ze skutkiem śmiertelnym...

Jakiś czas później przychodzi mama Jasia i pyta, czy pamiętam sytuację z chomikiem i całą resztę z tym związaną. Odpowiadam, że tak. Pyta, czy jeszcze kiedyś coś miało miejsce. Wtedy z zakłopotaniem opowiedziałam o babci Hani. I dowiaduję się, że Jaś powiedział do wujka podczas rodzinnego spotkania "dechnieś, dechnieś". Wujek ma raka, o czym mały nie wiedział. Matka przerażona, ja pocieszam, ale ciary mnie przechodzą na myśl o tym wszystkim...
Wujek zmarł 2 tygodnie później.

#hRTOC

Przypomniała mi się pewna "sklepowa" sytuacja.

W mojej wsi znajduje się pewien niemały sklep, który często odwiedzam, dlatego że mam do niego najbliżej.
Pewnego słonecznego dnia udałem się do owego sklepu, aby kupić prezent na osiemnaste urodziny mojej koleżanki. A więc wziąłem ten prezent i udałem się w stronę kasy. Zobaczyłem staruszkę z pełnym koszykiem przeróżnych rzeczy. Zająłem miejsce za starszą panią. Pomyślałem, że nie potrwa to długo, więc poczekam te 5-10 min...Wypakuje te rzeczy, później zostaną one skasowane, zapakowane i spokojnie za nie zapłaci. Niestety trwało to znacznie dłużej, z racji tej, że owa pani zapomniała jeszcze rzeczy na "Ł". Bez wahania kasjerka postanowiła pomóc tej kobiecie. Wymieniła tysiące rzeczy na "Ł" z tego sklepu...
Po ok. 30 min pani mówi:
- Łogórków mi brakuje, poczkej chwilę!

Mina kasjerki bezcenna :D

#6YNnA

Od 1,5 miesiąca jestem na stażu w dziale logistyki. Niestety od początku zaczęły się problemy. Miałam 3-dniowe "szkolenie", które polegało jedynie na obserwacji pracy innych osób, z których tylko jedna pokazała cokolwiek. Po tym czasie zaczęłam wykonywać swoje obowiązki. Jak na brak tłumaczenia i tak w miarę ogarniałam, bo przez kilka tygodni zrobiłam tylko kilka błędów, które oczywiście zaraz poprawiłam. skarg od klientów też nie było i tylko czasem potrzebowałam pomocy. Niestety okazało się, że dla mnie nie ma zrozumienia. Kierowniczka działu powiedziała, że jak na dwa tygodnie pracy to mało umiem, ale to pewnie dlatego, że szkolenie mnie nie interesowało. Zostałam przeniesiona na sekretariat, gdzie nie mogłam się przez tydzień doprosić o żadne obowiązki. W końcu znów przyszła szefowa i powiedziała, że ma informacje, że dostałam proste zadanie, ale nawet do niego się nie nadaję. Prawda jest taka, że nie dostałam żadnego, co potwierdziła dziewczyna z sekretariatu. Stwierdziła też, że skoro w poprzednich miejscach już nie pracuję, to widocznie mnie tam nie chcieli. Powiedziałam, że widzę, że nie dogadamy się i będę szukać czegoś innego. Poszłam na L4 i zgłosiłam w firmie kierującej na staż, że będę zmieniać miejsce. Oczywiście wyjaśnię czemu.
To jest chore. Dowiedziałam się też, że nie jestem pierwszą tak traktowaną osobą.

#IWMsN

Odkąd pamiętam mój dziadek zawsze czytał. Rano babcia przynosiła mu cały zestaw gazet, a po południu, gdy już skończył lekturę, senior naszego rodu zabierał się za książki. I nie było to żadne powieści, ale grube, naukowe księgi. Dziadek był inżynierem i nawet w wieku 90 lat jego umysł był znacznie chłonniejszy niż jakiejkolwiek osoby, jaką znałem. Był niewierzący, a mimo to Pismo Święte znał na pamięć. Potrafił cytować dowolne jego fragmenty i zakopany po szyję w pomoce naukowe, analizować aspekty historyczne opisanych tam wydarzeń.
Razem z babcią mieszkali w bloku, gdzie żyło też sporo innych seniorów. Trudno się dziwić, że wieżowiec ten był idealnym kąskiem dla świadków Jehowy, którzy myśleli, że bez trudu zwerbują tam nowe zastępy wiernych. No i właśnie dziadek z wielką tęsknotą czekał na kolejne wizyty młodych członków tego wyzwania. Kiedy ci pukali do drzwi, ten otwierał je i niemalże wciągał gości do środka. Wlokąc ich do salonu krzyczał do babci, aby przygotowała coś do picia. Babcia po chwili zjawiała się z gorącą herbatą i ciasteczkami.
Najpierw świadkowie "atakowali" wcześniej wyuczonymi hasłami, podpierając się wyrwanymi z kontekstu fragmentami Biblii. Następnie do głosu dochodził dziadek dosłownie miażdżąc każdy ich argument za pomocą ich własnego oręża. Bez trudu przytaczał całe cytaty ksiąg, listów i psalmów, które stały w zupełnej opozycji do tego, co mówili świadkowie Jehowy. Wiadomo - Pismo Święte pełne jest sprzeczności i dziadek świetnie bawił się w takie "odbijanie piłeczki".
Zazwyczaj gościom szybko kończyły się argumenty i na jaw wychodziło, że Biblię znają bardzo powierzchownie - wyuczeni byli tylko kilku fragmentów i z góry mieli narzuconą ich interpretację, więc dla dziadka nie byli absolutnie żadnym partnerami w natchnionej dyskusji.
Zestresowani, pokryci oleistym potem świadkowie usiłowali jak najszybciej przełknąć ostatnie łyki gorącej herbaty i błyskawicznie się ulotnić. Wtedy do akcji wpadała babcia (zawsze wiedziała, że dziadek czerpie niebywałą frajdę z takich spotkań) i zanim goście podnieśli się, aby dać dyla, już wpadała do pokoju z kolejną, parującą herbatą i talerzykiem z ciasteczkami. W oczach dziadkowych ofiar widać było wówczas czyste przerażenie. No, ale co robić? Zostawali więc tam, gdzie byli - rzuceni na pastwę starszego pana, który wiedział więcej niż myśleli.
Pamiętam, że gdy wychodzili z mieszkania, smętnie pociągali nogami i wydawali się mocno skonfundowani tym spotkaniem. Nigdy nie odważyli się wrócić.

Po jakimś miesiącu znowu ktoś pukał do drzwi. Dziadek otwierał i kulturalnie wpuszczał do środka nowych, nieświadomych zagrożenia młodzieńców głoszących słowo Boże. A na ich twarzach zawsze malował się uśmiech w stylu "O, jak miło! Dobrze nam pójdzie!". Gdyby tylko wiedzieli...

#8YAxP

Resztki mojego poczucia własnej wartości legły w gruzach. Facet uciekł mi z łóżka! Tak, dobrze czytacie, uciekł z łóżka. Bardzo się starałam, wydawało mi się, że namiętność była już bardzo podkręcona i w momencie kiedy nie miałam już nic na sobie, on się odsunął, spojrzał na mnie wzrokiem przypominającym obrzydzenie i mówiąc "przykro mi, nie potrafię" ubrał się i wyszedł...

Nie mogę przełknąć tego upokorzenia, wiem, że nie do końca mu się podobałam i poczułam w głębi duszy, że próbował sobie wmówić, że moje ciało mu się podoba, bo przypadłam mu do gustu z charakteru, a finalnie okazało się, że nie potrafi pójść ze mną do łóżka. Po co on w ogóle to zaczynał, po co dawał mi nadzieję? Nie rozumiem.
Dodaj anonimowe wyznanie