#0ac0w

Wstaję rano wcześniej niż wszyscy, godzina 5:00, wychodzę, by zdążyć na czas do pracy. Praca, czysty intensywny stres i brak czasu na cokolwiek.
Po pracy wsiadam w auto lekko nieprzytomny, jadę pod szkołę mojej 17-letniej córki.
Zajeżdżam, gaszę silnik i... Trzy tony na klatkę piersiową... Łzy w oczach... Odpalam auto, powoli ruszam. Wyciągam telefon, wybieram numer do żony i słyszę "Niestety nie mogę teraz rozmawiać, zostaw wiadomość, a oddzwonię, pozdrawiam!".

Minęło już 7 miesięcy, a ja i tak codziennie rano wychodzę bardzo cicho... Przynajmniej raz w tygodniu jadę pod tę cholerną szkołę i przynajmniej sto razy dziennie słucham nagrania głosu mojej żony.
Odeszły, wypadek.

Dziś walentynki... Pierwsza myśl po przebudzeniu - kupię jej piękne róże, a młodej toffifee.

Obie dostaną róże. I znicz.
ketis16 Odpowiedz

To chyba najsmutniejsze wyznanie jakie czytałam.

Twinpeaks Odpowiedz

Ale to smutne, bardzo Ci współczuje.

Zobacz więcej komentarzy (13)

#19PZN

Mój pierwszy orgazm.

Miałam 14 lat i bawiłam się swoją łechtaczką. Robiło mi się dziwnie, ale przyjemnie, wiec nie przestawałam. Gdy doszłam, serce biło mi jak szalone. Wystraszyłam się, że umrę.

Ze strachu, że zrobiłam sobie coś złego, odmówiłam paciorek, i przyrzekłam przed Bogiem, że więcej tego nie zrobię.

Kłamałam.
FioletowyDandelion Odpowiedz

Zwieńczenie najlepsze ;)

Martyna Odpowiedz

W tym wieku bać się, że się umrze przez masturbację i orgazm?

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (2)

#SbHz6

Podobno największym wrogiem kobiety jest jej (przyszła) teściowa. U mnie było inaczej - okazała się nią własna, rodzona matka. Co jest wspólnym mianownikiem wszystkich sytuacji, to jej hiperośla wręcz upartość. Po kolei.

1. Mężczyzna mojego życia oświadczył mi się, czas ustalić termin ślubu. Wyszło na to, że będzie to sierpień - ja po ostatnich egzaminach (ślub brałam tuż po zakończeniu studiów) i ewentualnych poprawkach, jemu kończy się w lipcu umowa o pracę i we wrześniu zaczyna nową, poza tym sierpień to świetny czas na podróż poślubną w takiej formie, jak chcieliśmy - kajaki+rowery na pojezierzu.
Nie, nie może być sierpień, bo ona ma wtedy urodziny i to przyćmi tę uroczystość (żaden okrągły wiek), uznajemy ją za mniej ważną, dlaczego tego nie konsultujemy?

2. Miejsce ślubu. Wybraliśmy kościół, który nie jest parafialny ani dla mnie, ani dla niego, a zakonny - pięć lat chodziliśmy do duszpasterstwa akademickiego, tam braliśmy nauki przedmałżeńskie.
Nie, bo ma być w parafii panny młodej i kropka, goście będą mieli problem z zaparkowaniem (fakt, centrum miasta, ale jednocześnie dużo wolnych miejsc w sobotę), ona nie lubi tego kościoła. Czemu? Bo nie.

3. Wesele. Tu wiele rzeczy, więc skrótem: absolutnie ma nie być wódki (jej zdziwienie, jak też wypiłam, niewiele, ale jednak - bezcenne), tylko wino, i to dobre (czyli >50 zł za butelkę), żadnej muzyki popularnej (disco polo było tyle, co na lekarstwo, bardziej ogólnie rozrywkowo-imprezowa), mamy zmienić listę gości, bo ich nie zna (a to dziwne), ma być na 150 osób, a my robimy na 60 (tyle nam wyszło, poza tym my płaciliśmy za całość), próby sterowania tym wszystkim, aż ojciec zainterweniował i ją usadził, co rzadko mu się zdarza.

4. Podróż poślubna. Mamy jechać na Lazurowe Wybrzeże, bo to takie fajne miejsce. O, tu macie uroczy hotelik, tu dobrą restaurację, tam ładne widoki, a to koniecznie musicie zwiedzić, wylot wtedy, powrót wtedy, specjalnie dla was robię przyjęcie urodzinowe później, akurat zdążycie! Jak wspominałam, mieliśmy daleko inne plany i wynikało to przed wszystkim z naszego charakteru, nie skąpstwa. A cenę tego, co mówiła, pomijam.

5. Mieszkanie. Nie mieszkaliśmy ze sobą przed ślubem, on wynajmował mieszkanie, które potem odkupiliśmy. Nie za duże, nie za małe, takie akurat dla młodej pary. Co ważne, miało kilka niepasujących jej elementów, nieistotne jakich. Jednym z nich były różnego rodzaju drobiazgi stojące na półkach, pamiątki po latach znajomości. Za każdym razem, jak była, coś przestawiała. Potem próbowała wynieść. Innym razem dodać coś. W końcu dostała zakaz wstępu do czasu zmiany postępowania. Przychodzi tylko ojciec.

A teściowa? Cudowna kobieta, takiej ze świecą szukać. Pomogła, doradziła, można rozmawiać z nią w nieskończoność. Pozory mylą...
CDF Odpowiedz

Najważniejsze to nie dać sobie wejść na głowę. No i w przyszłości do dzieci nie dopuszczać. Powodzenia!

Izolacja23 Odpowiedz

Gdyby mojej mamie nagle tak odbiło w takich sprawach (nie wiem jak zachowywała się wcześniej Twoja i czy to dla niej normalne) to pomyślałabym że zupełnie nie może pogodzić się z dorastaniem i chce wciąż mieć udział i udowodnić, że jest ważna. To serio potrafi dobijać, moja potrafi płakać za każdym razem kiedy opuszczam Dom rodzinny, mimo ze mieszkam tylko godzinę drogi od niej.

Zobacz więcej komentarzy (5)

#oNL6k

Historia nie będzie o mnie, a o mojej siostrze - Lenie. Lena to szczupła niewysoka blondynka o niebieskich oczach. Niepoprawna optymistka, której pasją jest rysunek i czytanie książek. Ale do rzeczy.

Lena zawsze miała nieregularne miesiączki. W końcu stwierdzono u niej PCOS. Lekarz poradził jej, aby zamiast faszerować się lekami spróbowała unormować hormony za pomocą ćwiczeń i diety. Była naprawdę zdeterminowana; ćwiczyła jogę, jadła zdrowo i regularnie. Niestety nie udało się. Miesiączki nie miała ponad rok bez leków na wywołanie. W końcu zrezygnowana zgodziła się brać antykoncepcję, aby "uśpić" jajniki. Wiedziała, że będzie jej trudno zajść w ciążę, ale lekarz pocieszał ją, że dzięki stymulacji hormonalnej uda się wywołać owulację.

Lena nigdy nie ukrywała przed swoim chłopakiem prawdy. Od początku związku wiedział, że mogą mieć trudności z poczęciem i wspierał ją. Powtarzał, że i tak będą mieć dzieci. Lena dopytywała go jednak: a co jeśli nie? Deklarował, że ona jest najważniejsza. Po ślubie szybko zaczęli się starać o dziecko. Kiedy w końcu po pełnym skutków ubocznych leczeniu wywołano u Leny owulację, nie udało jej się zajść w ciążę. Dziesiątki kolejnych prób nie przyniosły rezultatu. A w końcu, po 10 latach bezowocnych starań Paweł, mąż Leny, oświadczył, że pragnienie dziecka jest u niego silniejsze niż myślał i że muszą się rozstać.

Myślicie pewnie, że ich małżeństwo było nieudane i że moja siostra była kłębkiem nerwów i płakała po kątach. Nic podobnego. Wiedziałem, że cierpi, wiedziałem, że cierpią oboje, ale Lena zawsze była wdzięczna za to, co ma. Za kochającego męża, pracę i dom, chociaż musieli spłacać niemały kredyt. Wspierała Pawła, bo wiedziała, że jemu też jest ciężko, wychodzili razem do znajomych. Nie zamknęli się w czterech ścianach. W Lenie pękło coś dopiero wtedy, kiedy Paweł powiedział jej o rozstaniu. Załamała się.
Paweł ożenił się ponownie, ma dzieci, a ja muszę patrzeć, jak z mojej siostry codziennie uchodzi życie. Miesiąc temu dowiedziałem się, że żona odeszła od Pawła, bo wykryli u niego raka. I wiecie co? Mógłbym napisać, że się cieszę, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że wszyscy znajomi współczują Pawłowi i krytykują postępowanie jego żony. Zostawiła go? Jak mogła? Tylko dlatego, że jest chory?

Kiedy zostawiał moją siostrę, znajomi w zatrważającej większości okazywali mu milczącą aprobatę. Chciałbym zamknąć usta tym, którzy twierdzą, że "to co innego" i że posiadanie dziecka to instynkt. Ale nie mogę tego zrobić. Bardzo jednak proszę wszystkich, którzy tak uważają: bądźcie konsekwentni. Jeśli mam prawo zostawić swoją kobietę, bo nie może mieć dzieci, a ja przecież chcę, to równie dobrze mam prawo odejść od niej, kiedy zachoruje, bo przecież chciałem być z kimś zdrowym. Tyle w temacie.
GajaNika Odpowiedz

Nie znam go, więc czytając to wyznanie się po cichu troche ucieszyłam, nie tyle że dostał raka, ale że go żona zostawiła w chwili potrzeby. Adopcja to też opcja, szkoda, że "geny" w dzieciach ważniejsze niż kobieta której obiecał miłość do końca życia.

SweetChildOMine Odpowiedz

Co za dupek. Od początku wiedział, że szanse na dziecko są małe, a mimo to trwał w tym związku. Jak ktoś chce mieć dzieci mimo wszystko to po co wchodzi w relacje z osobą, z którą najprawdopodobniej mieć ich nie będzie? Mógł to skończyć od razu, bo nie wierzę, że tak nagle po 10 latach mu się odwidziało.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#MK0KL

Po próbie samobójczej trafiłam do szpitala psychiatrycznego.

Był środek nocy, wszyscy spali.
Trafiłam na salę, w której dwie z trzech dziewczyn były przypięte pasami do łóżka.
Byłam przerażona.

Codzienność.
Dziewczynka biegająca po korytarzu z lalką, które wedle jej chorych fantazji jest jej dzieckiem.
Mała dziewczynka, która obmacywała wszystkie dziewczyny w miejscach intymnych.
On z rękami całymi w bliznach. Po paru dniach próbował się powiesić w łazience na pasku. Nie wiadomo, skąd go miał, bo był całkowity zakaz posiadania takich rzeczy.
On, który całymi dniami chodził po korytarzu i wydawał dziwne dźwięki.
I ja. Dziewczyna, która chciała się zabić, bo nie dałam sobie rady z piętnem molestowania.

Po 10 dniach obserwacji wyszłam bardziej chora, niż jak tam przyszłam.
prio9 Odpowiedz

Współczuję :(

majer Odpowiedz

Im o to chodzi, żebyś już tam nie chciała wracać ;)

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (3)

#m2z98

Pisze to wyznanie, ponieważ przed chwilą przeczytałem wyznanie o żołnierzu z zezem. Wydaje mi się, że nie wszyscy są tego świadomi, ale zeza można zoperować tutaj w Polsce na NFZ. Nie wiem, czy ludzie, którzy mają zeza nie chcą tego robić, bo o tym nie wiedzą, czy się boją. Chciałem tylko uświadomić, że istnieje taka możliwość, sam przeszedłem taki zabieg i odmieniło to moje życie. Mam nadzieję, że komuś pomogę pisząc to tu. Wystarczy zainteresować się instytucjami leczenia zeza i taką operację można załatwić w ciągu 2 lat na NFZ, bądź szybciej kosztem około 3 tysięcy.
Sam zabieg trwa około pół godziny, a oko goi się po miesiącu całkowicie ;)
JestemNumeremCztery Odpowiedz

Miło, że chcesz podzielić się tą wiedzą z innymi i jesteś życzliwy, ale wiedz, że nie zawsze można zoperować zeza, ponieważ komplikują to inne choroby oczu, a czasem nawet zupełnie wykluczają. Pozdrawiam- 27 latka z 4 wrodzonymi wadami wzroku i po 3 operacjach oczu.

Odpowiedzi (5)
ZjadaczKsiazek Odpowiedz

Mój wujek ma zeza, teraz (po operacji) nie potrzebuje nawet okularów

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (4)

#GerDY

Kiedy po rozwodzie moja była powiedziała mi, że każde z nas przynajmniej wyciągnęło z tego związku coś na całe życie, odparłem jej, że mimo zainwestowanych pieniędzy, uczuć i czasu, z tego związku nie wyniosłem nic. Niedawno okazało się, że się myliłem. No ale po kolei...

Moja była wychowywała się w domu, w którym rządził ojciec tyran. Nigdy nie wolno jej było robić tego, na co ma ochotę, wiecznie była upokarzana, a teksty typu ''jesteś bezużyteczna'', ''nic nie potrafisz'' itp. były w jej domu używane zamiast ''dzień dobry'' czy ''dziękuję''.

Pomogłem jej się wydostać z tego toksycznego środowiska - wprowadziła się do mnie. Wiele miesięcy zajęło mi przywrócenie jej psychiki ze stanu ''nic nie potrafię'' do ''dam radę''. Studia, na których ledwo dawała radę, po pewnym czasie przestały sprawiać jej problemy, a wręcz zaczęła zdobywać stypendia naukowe. Dziewczyna, która miała problem z wejściem po schodach na drugie piętro zaczęła planować 500 km trasę na dwutygodniową wycieczkę górską. Kiedy ją poznałem, szczytem jej ambicji była praca w jakimś urzędzie za dwa tysiące; po tym, jak w siebie uwierzyła, zaczęła celować wyżej i znalazła pracę, w której zarabiała grubo powyżej średniej krajowej i szybko pięła się po szczeblach kariery...

Po paru latach okazało się, że uczeń przerósł mistrza - zaczęła biegać szybciej niż ja, zarabiać więcej niż ja i generalnie pod wieloma względami mnie wyprzedziła. Wtedy się zaczęło...

Podczas wypełniania obowiązków domowych to, co ja robiłem ZAWSZE miało jakiś mankament - a to trochę kurzu zostało pod łóżkiem, a to makaron się za krótko gotował... Po pewnym czasie zamiast po prostu powiedzieć, zaczęła ostentacyjnie pokazywać, że ona MUSI po mnie poprawiać - pokój zamiecie CAŁY, makaron WYRZUCI i ugotuje od nowa. Później do tego doszły teksty, że nic nie potrafię, że nie ma ze mnie żadnego pożytku, niejednokrotnie wrzaski. Powoli zacząłem się wycofywać z obowiązków domowych - zauważyłem, że awantura o to, że czegoś nie zrobiłem jest mniejsza niż awantura o to, że zrobiłem źle.

Nagle bach - zdrada, rozstanie, rozwód...

Aktualnie jestem od kilku lat w związku z cudowną kobietą. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
Pewnego razu, kiedy wróciłem z zawodów sportowych wyczerpany i obolały, przeprosiłem swoją dziewczynę, że niestety nie pomogę jej w kuchni. Odparła żartując, że nie ma ze mnie żadnego pożytku. Wiedziałem, że to żart, ale mimo to nagle poczułem się, jakby osoba, którą kocham, wbiła mi sztylet w serce. Rozkleiłem się i rozpłakałem jak dziecko. Uspokoiłem się dopiero po paru godzinach. Moja użyteczność stała się tematem, z którego nie można żartować.

Tak więc nie jest tak, że niczego nie wyniosłem ze związku z byłą.
Wyniosłem.
Coś na całe życie.
Traumę i kompleksy.
Powinienem jej podziękować?
xeinap Odpowiedz

Myślałem, że chorobę weneryczną :-(

Odpowiedzi (1)
nessy Odpowiedz

Twoja była stała się swoim ojcem.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (8)

#cl0DO

Studencka historyjka o "uczeniu się życia".
Pochodzę z wioski, a idąc na studia, na pierwszy rok, musiałem wynająć stancję w jednym z nadmorskich miast w Polsce. Byłem przekonany, że dom rodzinny opuszczam z dość wysoką wiedzą na temat życia i jak sobie samemu radzić w codziennych sprawach. Zaznaczam na wstępie, że gotować, prać, sprzątać potrafiłem, tylko w tej historii nie poradziłem sobie z czymś innym.

Zawsze się śmiałem z historii typu: "Koleś w akademiku zapytał się, komu ma oddać brudną odzież do prania" itd., ale to co ja zrobiłem, to była żenada.
Mianowicie na wsiach większość ludzi ma zwykłe piece, do których potrzeba drewna jako opału. Mieszkańcy wsi naprawdę bardzo rzadko zakręcają i odkręcają kaloryfery, bo grzeją one całe mieszkanie, dom - tak jest u mnie. Wygląda to tak, że jak napalisz w piecu, to jest ciepło. Zgaśnie? Jest zimno.

A więc po wprowadzeniu na stancję żyłem z niewiedzą, że tu odkręca się kaloryfery wtedy, kiedy jest "sezon grzewczy". Przez ponad 2 tygodnie spałem w zimnym pokoju, a w ostatnie dni temperatura schodziła nawet do 17 stopni. Rozmawiając z mamą, mówiłem jej, że spółdzielnia chyba oszczędza, bo nie grzeją. Ona zaś kazała mi rozmawiać ze współlokatorem, jak wygląda sprawa z ogrzewaniem, więc to zrobiłem - zapytałem się go o to, a on powiedział "no przecież grzeją, jest ciepło". Więc wróciłem do pokoju i czekałem nadal, aż zacznie samo z siebie grzać, bo myślałem, że skoro w domu samo z siebie grzało, to tu też będzie.

No i pewnego, pięknego, październikowego dnia zakończyłem swoje męki. W końcu odkryłem po co jest "korek" na kaloryferze i jaką pełni funkcję. Odkręciłem go, zaczęło pykać, zrobiło się od razu ciepło, a ja szczęśliwy i zadowolony z nowego, życiowego doświadczenia zacząłem się uczyć w odpowiednich warunkach.

Generalnie nie mam zielonego pojęcia, co uroiło i ubzdurało mi się w mojej głowie. Szkoda tylko, że nikt nie kazał mi po prostu odkręcić kaloryfera, bo tak się najzwyczajniej w świecie robi...
Do tej pory czuję się zażenowany.
xeinap Odpowiedz

Temperatura spadła do 17 stopni... u mnie w tej chwili jest 14.5 a jak są mrozy większe to jak przychodzę ze szkoły to i 10 stopni potrafi być. Ach te piece kaflowe....

Odpowiedzi (10)
KapitanPatelnia Odpowiedz

U mnie w szkole kaloryfery grzały albo w lato, albo jak ksiądz w odwiedziny przyjeżdżał (chodziłem do katola)

Zobacz więcej komentarzy (9)

#V4uA7

Dziś, jak każdego innego dnia, osiedlowi miłośnicy tanich trunków przynieśli do sklepu butelki po piwie, a przychodzą po piwo czasami kilka razy w ciągu dnia. Sądziłam, że jak zwykle na wymianę na kolejne piwa, ale się zdziwiłam, ponieważ poprosili o zwrot kaucji i zadeklarowali, że na czas postu odstawiają alkohol.
DwaGrosze Odpowiedz

Może być tak, że są wierzący, ale podobno alkoholicy co jakiś czas muszą sobie robić przerwy od picia, bo ich wątroby długo by nie wytrzymały. Często takim okresem jest właśnie post.

Odpowiedzi (2)
paluszkisolonexd Odpowiedz

I to się nazywa poświęcenie.

#t3TRy

Walentynki, dzwoni telefon. Odbieram:

- Dzień dobry, pani Anna Nowak?
- Yyy.. tak.
- Mam dla pani kwiaty, czy do pani się jedzie "tu i tu"  (gdzie ma skręcić, nie będę podawać nazwy).
- Tak.
- To dziękuję, zaraz będę.

Przyjeżdża, dzwoni dzwonek. Wychodzę, dostaję 11 róż i kartkę. Byłam przekonana, że od mojego chłopaka, więc nie pytałam o nic, napisałam tylko do niego SMS-a, że dziękuję za kwiaty. Otworzyłam kartkę i był podpis pewnej "firmy" dostarczającej internet, a po niej "P". Zdziwiłam się, ale pomyślałam, że to oni zorganizowali pocztę walentynkową, zrobili sobie małą reklamę, a mój chłopak skorzystał.

Potem okazało się, że to nie od niego. Zadzwoniłam na dwie poczty, do poczty kwiatowej, do tej firmy dzwoniłam 3 razy, do kolesia, który mi to przywiózł także. Napisałam do kilku osób, których imię zaczyna się na P, ale dalej nic.

Chcę tylko wiedzieć, czy to głupi żart czy coś innego, bo jednak ktoś znał mój adres, telefon, imię, nazwisko i dostawcę internetu.
leniwalisica Odpowiedz

Adres, telefon to nic. Skąd wiedział o dostawcy internetu? :o

Odpowiedzi (1)
Twinpeaks Odpowiedz

Cichy wielbiciel.

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (2)
Dodaj anonimowe wyznanie